2013/08/07

Dziędzielewicz

wygrzebana z mroków skrzynki mailowej opowiastka, snuta wokół wydarzeń z 2007 r. wrzucam tutaj, aby uchronić przed zupełnym zapomnieniem.


Prawy Dziedzielewicz to był przypadek z dużą domieszką prowokacji. Przypadek, bo juz spisałem kolejny letni sezon tatrzański na straty a jednak, niespodzianie, pojawiła się sposobność aby złapać ostatki lata. Prowokacja, ponieważ jadąc na festiwal filmowy do Zakopanego zabrałem cały arsenał szpeju. Na wszelki wypadek...

Stojąc pod kinem z moim zakopiańskim gospodarzem, zastanawialiśmy się, czy marnować taką ogodę i spędzić dzień na oglądaniu filmów czy lepiej samemu poudawać, że jest się bohaterem takiego filmu.

Szybka decyzja, szybkie pakowanie (Brać cam-a 4-kę? Ależ brać, na pewno się przyda), szybki bieg na Halę, szybki bieg pod zachodnią Kościelca. Nawet decyzja o wyborze drogi była szybka. Znaleźliśmy się pod ścianą i między dugim a trzecim okresem życia wg. "Szmaciarza" Sawickiego (pełnym niepokojów wewnętrznych, w którym człowiek już ma świadomość istnienia drogi Dziędzielewicza ale nie ma jej jeszcze za sobą).

Pamiętam, że schematów drogi mieliśmy co najmniej dwa (a dałbym sobie paznokcia uciąć że nawet trzy) i każdy pokazywał coś podobnego ale nie identycznego. W grze o prowadzenie przegrałem, a właściwie, powinienem stwierdzić, że wygrałem. Roztaczałem wizję sławy, okładek wspinaczkowych czasopism dla siebie i t.d. Sławy nie ma, okładek tym bardziej ale jest spokój i trzeci etap życia...

Pierwszy wyciąg najbardziej nieewidentny z powodu mnogości schematów dostarczył nie lada wrażeń (wypadające przeloty, dudniące płyty, radość na widok stanu). Potem było już tylko przyjemniej, lżej, sprawniej. "Trawers na rękach" to była czysta przyjemność chociaż należałoby przynajmniej odrobinę mrożących w żyłach słów wylać, aby podtrzymać mit. Ale z mitem musi zmierzyć się każdy, zobaczyć jak wygląda naprawdę. Dlatego tak lakonicznie, z perspektywy czasu stwierdzam, że była to przyjemność. Na koniec V-kształtny kominek, zaklinowana taśma od plecaka...

ps. camalot nr 4 przydał się, tylko po to aby przeciągnąc go przez ścianę, dociążyć siebie, obciążyć partnera pozbywając się jego. Nie ma potrzeby zabierać aż tak niezwykłych rozmiarów. Komplet kości, kilka friendów i heksy! Czułbym się chwilami o niebo pewniej mając te, nieco zapomniane, zabawki ze sobą.